Dario Amodei z Anthropic mówi o 10-15 proc. wzrostu rocznie. Leopold Aschenbrenner w eseju „Situational Awareness” pisze o dekadzie, która „może przynieść wzrost gospodarczy rzędu 30 proc. rocznie i więcej”. Sholto Douglas, badacz Anthropic, radzi „wyceniać podwojenia gospodarcze w modelach mentalnych lat 30.”, a jego wpis chwali Elon Musk — to już 100 proc. wzrostu rocznie. Prognozy dwucyfrowego wzrostu stały się w środowisku AI niemal obowiązkowym elementem światopoglądu. Ben Moll i Alex Imas, autorzy analizy opublikowanej na Substacku, nie zamierzają jednak dyskutować z samą tezą o eksplozji możliwości. Ich zdaniem problem leży zupełnie gdzie indziej — w tym, jak takie możliwości przekładają się na PKB.

Autorzy zaczynają od elementarnej arytmetyki stóp wzrostu i proponują proste ćwiczenie: zamiast pytać „jak szybko będzie rosła gospodarka?”, zapytać „o ile bogatsi będziemy za 15 lat?”. Odpowiedź zmienia perspektywę. Wzrost o 200 proc. w ciągu 15 lat — czyli dwukrotnie wyższy poziom dochodu — oznacza „zaledwie” 4,7 proc. rocznie. Z kolei 16,6 proc. rocznie to po 15 latach gospodarka dziesięciokrotnie większa, a po 30 latach — stukrotnie. To właśnie ta arytmetyka sprawia, że dwucyfrowe prognozy przestają wyglądać jak ostrożne przewidywania, a zaczynają jak zakłady o stokrotny skok w ciągu jednego pokolenia. Autorzy poszli zresztą o zakład: amerykański realny PKB per capita ma w każdym roku do 2033 r. pozostać poniżej 15 proc. wzrostu.

Moll i Imas podkreślają, że w teorii nic nie stoi na przeszkodzie, by wzrost wystrzelił. Standardowy model Solowa — ten sam, którego uczy się studentów pierwszego roku — po dodaniu produkcji zadaniowej w duchu Zeiry oraz Acemoglu i Restrepo daje przy odpowiednich parametrach eksplozję napędzaną przez AI. Logika jest prosta: automatyzacja zastępuje pracę kapitałem, osłabia malejące przychody i usuwa pracę jako wąskie gardło. Gdy wszystkie zadania może wykonać maszyna, przestaje działać hamulec, który normalnie dławi akumulację kapitału. Wtedy wzrost przestaje być ograniczony tempem postępu technologicznego, a zaczyna zależeć od tempa inwestycji.

Problem pojawia się przy przejściu od modelu do rzeczywistości. Autorzy wymieniają pięć założeń, które musiałyby jednocześnie się spełnić, by dwucyfrowy wzrost stał się faktem: szybka automatyzacja całej gospodarki; utrzymanie wysokich wydatków na to, co podlega automatyzacji, bez „bałaganiarskich” zawodów, dóbr relacyjnych i rzadkich nakładów fizycznych; istnienie kupujących na produkcję i firm gotowych inwestować; brak katastrofalnych incydentów cybernetycznych niszczących wartość; oraz eksplozja technologii dzięki automatyzacji samych prac badawczo-rozwojowych. Każde z nich może się w praktyce załamać. AI nie jest też tym samym, co wpuszczenie na rynek miliona nowych pracowników — bo ci nowi pracownicy kupowaliby towary, a maszyny nie muszą.

Do tego dochodzą problemy pomiarowe: PKB może nie odzwierciedlać pełnych korzyści dobrobytowych płynących z AI, zwłaszcza gdy część wartości powstaje poza rynkiem. Autorzy nie twierdzą więc, że AI nic nie zmieni. Przekonują, że zmiany będą rozłożone w czasie — jak w słynnej maksymie Miltona Friedmana o polityce pieniężnej, wpłyną na wzrost „z długimi i zmiennymi opóźnieniami”. Nawet własny model ekonomiczny Anthropic osiąga dwucyfrowy wzrost tylko w scenariuszu „ekstremalnym”; scenariusze „umiarkowany” i „znaczący” pozostają w jednocyfrowych wartościach.

Skąd więc tak powszechne oczekiwania? Autorzy wskazują na kilka przyczyn: trudność w dostrzeżeniu lasu za drzewami i ekstrapolowanie własnego otoczenia — Doliny Krzemowej — na całą gospodarkę, rozumowanie motywowane oraz fascynację elegancką matematyką teorii wzrostu. Ich zdaniem realistyczna bazowa prognoza na najbliższe 10-15 lat to 4-5 proc. rocznie, co i tak byłoby wynikiem ogromnym w porównaniu z obecnymi około 2 proc.

Podsumowanie: analiza Molla i Imasa nie podważa potęgi AI, lecz ostrzega przed zbyt szybkim wnioskowaniem od możliwości technologicznych do tempa wzrostu PKB. Dwucyfrowy wzrost jest teoretycznie możliwy, ale wymaga spełnienia pięciu bardzo wymagających warunków jednocześnie. Bardziej prawdopodobny scenariusz to stopniowe przyspieszenie do 4-5 proc. rocznie — wynik, który wciąż zmieniłby gospodarkę nie do poznania.